Muzyka, pomostem między kulturami


Założyciel i gitarzysta zespołu „Will’n’ska” Ernest Tylingo wraz z wokalistą i trębaczem Rafałem Mikielewiczem opowiadają o swoim krążku „1A”, muzyce alternatywnej oraz pisaniu tekstów.

Ewelina Knutowicz (E. K.): Jaka jest historia powstania zespołu? Słyszałam, że właśnie miał go powołać Ernest…

Rafał Mikielewicz (R.M.): A on nie pytał, czy chcemy, kazał przychodzić i wszyscy się zebrali (błyska uśmiechem).

Ernest Tylingo (E.T.): Grałem w różnych zespołach. Pół roku mieszkałem w Londynie, zamierzałem po powrocie na Litwę założyć nowy zespół. Miałem znajomych – basistę, naszego pierwszego perkusistę Daniela, brakowało tylko wokalisty. Znalazłem go po powrocie z Anglii… w barze. Zapytałem, czy chce śpiewać i grać na trąbce, bo to już wcześniej robił. Zebraliśmy się, zagrali razem i wyszło fajnie!

R.M.: Ernest zawsze wszystkich zna i wszystko wie. On nas „pozbierał”. Ja natomiast byłem akurat tym „nieplanowanym dzieckiem” zespołu. Gdy się poznaliśmy, działaliśmy w dwóch różnych zespołach, ale byliśmy razem na jednym festiwalu w Polsce, no i bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język.

E.T.: Każdego z nas połączyło zamiłowanie do muzyki. Nie było zbyt wielu pytań – postanowiliśmy spróbować razem grać, co wyjdzie, to wyjdzie.

R.M.: Ha! W moim starym zespole nie pozwolili mi śpiewać. Tu natomiast Ernest stworzył najlepsze warunki.

(E. K.): Wasz krążek „1A”, mimo że jestem debiutem już cechuje się własnym stylem, a piosenki swoim brzmieniem

R.M.: Większość zespołów nie szuka jednego, właściwego brzmienia. Każdy się rozwija, po upływie jakiegoś czasu się zmienia, a wraz z nim i styl grania. Kiedyś było tak, że każdy z nas słuchał różnej muzyki, dlatego graliśmy muzycznie różnorodne piosenki. Im dalej, tym bardziej jesteśmy zgrani i tworzymy jeden, własny styl.

E.T.: Zwracam uwagę, że krążek ma tylko 6 piosenek. Myśleliśmy o tym, w jakim stylu będzie on nagrywany. Chcieliśmy, aby każda piosenka była podobna. Wydaje się, że udało nam się.

(E. K.): Skoro każdy lubi inną muzykę, jak unikacie konfliktów w trakcie pisania?

R.M.: U nas nie są konflikty, a raczej dialogi.

E.T.: To, że każdy słucha czegoś innego, dodaje więcej treści naszym piosenkom, wzbogaca je, to nie jest granie i powtarzanie tego samego.

(E. K.): Mówicie, że wasz styl muzyczny to „alternative kardan ska”. Co to za styl?

R.M.: Tak naprawdę, już się zestarzeliśmy i „kardan” się zakończył (znowu się uśmiecha).

E.M.: „Kardan” to takie granie, które dodaje utworowi masy, „ciężkości”.

R.M.: W pierwszych latach działalności to był jeden z naszych akcentów, coś czego nie było w muzyce ska czy punk-rocku. Teraz pozostał tylko „alternative”.

E.T.: To było fajne na początku, ale po jakimś czasie zrozumieliśmy, że być może nie jest to taki ważny element. Następnie zmienił się perkusista, zmieniło się granie.

R.M.: Styl ska w twórczości zespołu to był taki „dziecięcy” eksperyment, fajny akcencik do nazwy. Chciało się, aby brzmiała jakoś „wow”. Teraz nie próbujemy doszukiwać się pięciu słów do opisu stylu.

(E. K.): W internecie można znaleźć informację, że jesteście jedynym zespołem ska na Litwie. Czy to prawda?

E.T.: Takiej ska muzyki w naszej twórczości nie jest tak dużo, być może tylko 30 proc.

R.M.: Po pierwsze, nie jesteśmy prawdziwym ska zespołem. Był moment, gdy na scenie rockowej brakowało muzyków, grających w takim stylu. Tak naprawdę, rok 2005 był takim „złotym wiekiem” ska. Działało wtedy dużo bardzo fajnych zespołów: „Dr. Green”, „Lagamino turinys” i inne.

E.T.: Później się zaczęła przerwa. Np., „Dideli plaukai” zatrzymali swoją działalność.

R.M.: Należy przyznać, że ska nie jest aż taki popularny.

E.T.: Nie gramy prawdziwego ska, ale łączymy na swoich koncertach ludzi, którzy go słuchają, jak też fanów rocka czy alternatywy.

(E. K.): Mówiliście, że punk-rock też nie jest zbyt popularny. Czy chcecie to zmienić?

E.T.: Punk-rock tak w ogóle nigdy nie był popularny, ponieważ jest to muzyka undergroundowa.

R.M.: Zespoły, które są uważane za znane, tak naprawdę odeszły od tego, czym był punk-rock w latach 80-tych czy 90-tych. Style muzyczne dzisiaj są bardzo pomieszane. Nawet w piosenkach popowych można znaleźć punk-rockowe motywy.

E.T.: Gramy muzykę, której nieczęsto usłyszysz w radiu, to jest po prostu to, co sami lubimy.

R.M.: Chcemy wzbudzać jakieś emocje. Ale należy zadać pytanie, czym jest prawdziwy punk-rock? To, że taka muzyka pojawia się w reklamach napojów alkoholowych, takiemu prawdziwemu punk-rockerowi byłoby nie do przyjęcia.

(E. K.): Co będzie zawierać wasza następna płyta?

E.T.: Tego raczej się nie da przewidzieć.

R.M.: Dopiero, gdy myślimy, jakie wcześniej nagrane piosenki wejdą do krążka, widzimy, co może z tego być. To zależy też od emocji, jakie będą nam towarzyszyły w tym czasie.

(E. K.): Czy słuchając debiutowego krążka, myślicie o tym, co byście zmienili?

R.M.: Sądzę, że niezależnie od tego, co to jest, myślimy o tym, że coś należy zmienić. W końcu można znaleźć każdy nasz występ z piosenką „Pierwszy autobus” i usłyszeć, że za każdym razem utwór zmieniał się.

E.T.: Tak w ogóle, proces nagrywania krążka był długi. Dopiero to robiąc zaczęliśmy się zapoznawać z tymi utworami. Być może należałoby coś zmienić, ale nie zatrzymujemy się z takimi myślami. Chcemy wykorzystać wiedzę doznaną w czasie nagrywania i iść dalej.

R.M.: Nagrywamy emocje, jakie czuliśmy w tym momencie.

(E. K.): Macie piosenki w językach litewskim, polskim czy rosyjskim. Jak powstają te teksty? Jak wybieracie język, w którym powstanie utwór?

R.M.: Czasami się pojawia jakiś tekst i do niego tworzymy muzykę. Bywa, że chłopaki grają riffa i przychodzi do głowy tekst. Mogą powstać oddzielne wersy, z których się rozwija tekst. Jeżeli chodzi o języki… To po prostu tak jakoś wychodzi. Skoro się układa w języku litewskim, to będzie po litewsku. Jak się czuje, tak się pisze.

E.T.: Jest to naturalny proces, bo społeczność polska krąży w środowisku polsko-rosyjsko-litewskim.

(E. K.): Kim jesteście poza sceną?

R.M.: Przede wszystkim staramy się być dobrymi ludźmi. Ktoś studiuje, ktoś pracuje…

E.T.: …A wieczorami tworzymy muzykę, która pomaga uciec od codzienności. Żyjemy tak, abyśmy później nie żałowali, że czegoś nie zrobiliśmy.

(E. K.): Otrzymaliście nagrodę „Metro Rock Band”. Co to za nagroda i jak wam pomogła w karierze?

E.T.: To był tzw. „rock battle”, organizowany przez klub „Metro”. Pomyśleliśmy, że może byłoby warto wziąć w tym udział. Konkurs polega na tym, że są etapy, w których uczestniczą zespoły, a komisja je ocenia.

R.M.: Dla nas był to ciekawy sposób sprawdzić swoje umiejętności. To, że nam się udało w nim zwyciężyć, jest miłe.

E.T.: Bardzo nam w tym pomogła publiczność, przyjaciele. Za wygrane pieniądze kupiliśmy sprzęt.

R.M.: W pewnym momencie zrozumieliśmy, że nawet grając piosenki, których większość tekstów jest po polsku, można z tego zrobić super występ. Nasi fani po prostu roznieśli ten klub. Choć tak w ogóle, muzyczne konkursy to nie bieg na 100 metrów. Muzyka to rzecz subiektywna i twierdzić, że ktoś jest lepszy, a ktoś gorszy, jest smutną sprawą.

E.T.: Twórczość każdego wykonawcy może powiedzieć coś bardzo ważnego. Muzyczne konkursy są sposobem na przyciągnięcie ludzi do klubów, które będą mogły więcej zarobić. To takie tanie zarabianie pieniędzy.

R.M.: Ale każdy młody zespół musi przez to przejść. Dla nas to była fajna zabawa, ale nie będziemy więcej w tym brać udziału.

(E. K.): Kim są wasi fani?

E.T.: Przyjaciele, rodzina, znajomi z pracy (śmiech). W zasadzie, trudno powiedzieć. Gdy gramy w Wilnie, to na widowni widzimy naszych przyjaciół.

R.M.: Fajnie, że spotykamy nie tylko ludzi młodych, którzy lubią naszą muzykę. Nie subkultura jest najważniejsza.

E.T.: Cieszymy się, że możemy poruszyć ludzi swoją muzyką. Nie możemy wydzielić, kto nas słucha…

R.M.: …Ale kto słucha, nie błądzi (śmiech).

(E. K.): Czy to są tylko Polacy?

E.T.: Może wśród fanów są i Litwini, którzy nie są sceptycznie nastawieni do Polaków.

R.M.: Być może nie jesteśmy znani wśród litewskiej publiczności, bo na „1A” znajduje się tylko jedna piosenka w języku litewskim. Jasne, że mamy litewskich słuchaczy. Tym bardziej, że były przypadki, gdy ludzie zmieniali zdanie o nas po koncercie. Pamiętam, po występie w Kownie do nas podeszli chłopcy, obejmowali się, prosili o autografy. Graliśmy po polsku, więc to był dla nas ciekawy moment. Czasami patrzono na nas niemiłym wzrokiem w związku z polskimi tekstami, ale nastawienie się zmienia po koncercie. W końcu, jedną z idei „Will’n’ska” jest łączenie różnych kultur i języków.

(E. K.): Czy kontaktujecie z innymi przedstawicielami litewskiej sceny muzycznej?

E.T.: Tak. Znam gitarzystę, który gra w zespole u Žilvinasa Žvagulisa czy saksofonistę, który występuje z Sel’em. Mamy przyjaciół też z Polski, Rygi.

(E. K.): Jak wygląda wileńsko-polska scena alternatywna? Czy podobnych zespołów jest więcej?

R.M.: Pytałem dwa lata temu. Otrzymałem odpowiedź, że jest z tym coraz lepiej.

E.T.: Trzy lata temu było więcej tych zespołów. Np., niedawno się rozpadł „Kite Art”.

R.M.: Starsze zespoły kończą grać. Jasne, część zostaje, ale kiedyś ich było naprawdę dużo.

E.T.: Należy mieć na myśli, że raptem mogą się pojawić jakieś nowe.

R.M.: Sporo zespołów działa, ale po prostu nie organizują koncertów. Np., „Dideli plaukai”, który kilka lat temu występował często, potem znikł, a teraz znowu zaczyna grać. Mam nadzieję, że jeszcze usłyszymy „Kite Art’ów”, bo z nimi graliśmy pierwsze koncerty.

Ewelina Knutowicz

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here