FEMEN: Pragnienie kobiet zdobycia wolności i prawa do własnego ciała wkurza wierzących chrześcijan

Anna Hucoł, była przywódczyni i założycielka FEMEN, ruchu, który jest znany z wielu kontrowersyjnych akcji wykonywanych półnago, w tym „ataku” na prezydenta Rosji Władimira Putina i kanclerz Niemiec Angelę Merkel, w wywiadzie dla nas mówi o początkach ruchu, źródłach finansowania i zabiera głos w sprawie „czarnego protestu” kobiet w Polsce.

Skąd się wziął FEMEN?

Taka organizacja jak FEMEN mogła pojawić się tylko na Ukrainie, która jest miejscem, gdzie się zderzają nurty proeuropejskie i prorosyjskie, poglądy liberalne i konserwatywne. Ani w Rosji, ani na dzisiejszym Krymie nie dałoby się założyć takiej organizacji. Władze Rosji dławią wszystkie ruchy społeczne. W Europie z kolei ruchy feministyczne istnieją od dawna i są dobrze rozwinięte.

Rozumiem, że na Ukrainie z feminizmem jest źle i kobiety są Pani zdaniem zniewolone przez mężczyzn?

Gdy zainteresowałam się feminizmem, na Ukrainie przeważał – i niestety dotychczas przeważa – pogląd, że feministka to kobieta skrzywdzona przez los, kobieta, której nikt nie chciał. Rozpoczęłyśmy z dziewczynami od tematycznych spotkań, rozmawiałyśmy o dyskryminacji kobiet w ukraińskim społeczeństwie, chodziłyśmy na wykłady na wydziałach różnych uczelni. Po pewnym czasie nasz światopogląd zaczął się zmieniać: od gniewu na mężczyzn do zrozumienia, że z nimi trzeba nie walczyć, a współpracować, aby razem zmienić sztywne ramy, w jakie zostałyśmy my, kobiety, wtłoczone.

Kim Pani jest z wykształcenia?

Ukończyłam studia ekonomiczne na jednym z ukraińskich uniwersytetów, ale w tym zawodzie ani dnia nie przepracowałam – kiedy zaczynałam studia, panowała moda na studia ekonomiczne albo prawnicze. Teraz chciałabym ukończyć studia magisterskie z filozofii bądź politologii.

Dobrze, ale w jaki sposób studentka ekonomii Anka stała się działaczką i założycielką ruchu FEMEN?

Zawsze byłam aktywna, jeszcze od szkolnych czasów, czasami aż za bardzo (śmieje się). Na uniwersytecie również uczestniczyłam w różnych działaniach studenckich, zawsze mi się chciało bronić, pomagać. W pewnym momencie odkryłam dla siebie ruch feministyczny, który z czasem stał się sposobem na życie. Oczywiście nie stało się tak, że nagle, za machnięciem czarodziejskiej różdżki stałam się bojowniczką FEMEN. Przemiana narastała we mnie powoli. W dużym stopniu stałyśmy się sekstremistkami dzięki Janukowyczowi. To jego służby próbowały nas od roku 2010 zastraszyć, próbowano naciskać na nas – a my postanowiłyśmy nie dać się.

Czym się Pani zajmowała po przyjeździe do Kijowa?

Pracowałam w show-biznesie. Byłam np. asystentką popularnej na Ukrainie piosenkarki Tiny Karol, współpracowałam również z innymi artystami. Dzięki pracy w świecie show-biznesu, dobrze zrozumiałam, na jakich zasadach działa ten system i to wykorzystałam do organizacji protestów FEMEN. Zrozumiałam, dlaczego ludzie interesują się życiem gwiazd i kolorem ich majtek, a mają gdzieś konferencje czy protesty zielonych, feministek i działaczy społecznych. Jesteśmy zbyt nudni, nic się na naszych konferencjach ciekawego nie dzieje.

Jeden z pierwszych protestów FEMEN był skierowany przeciwko Janukowyczowi.

Podczas naszego pierwszego protestu topless na początku lutego 2010 roku wystąpiłyśmy przeciwko uczestnictwu Janukowycza w drugiej turze wyborów prezydenckich. Wtedy jego przeciwniczką była Julia Tymoszenko. Nazwałyśmy nasz protest „Wystarczy gwałcić nasz kraj”! Większość naszych aktywistek była wówczas studentkami, denerwował nas fakt, że zarówno Janukowycz, jak i Tymoszenko, próbowali „kupować” studenckie głosy.

Protest z gołymi piersiami i sekstremizm, im bardziej radykalny, tym lepszy, wydaje się szaleństwem nie tylko na Ukrainie, ale również w wyzwolonej seksualnie Europie.

W FEMEN początkowo nie było nawet mowy o protestach topless, miał być show. Paradowałyśmy tam i z powrotem z kolorowymi balonikami, reżyserowałyśmy scenki teatralne, koncerty.  Aż do chwili, gdy podczas protestu przeciwko seksturystyce na Ukrainie wystąpiłyśmy z wulgarnym makijażem, ubrane jak prostytutki. Prostytutki przeciwko prostytucji – właśnie dzięki temu udało się nam ściągnąć uwagę mediów. Ja i moje koleżanki zrozumiałyśmy, że to jest właściwy sposób na protesty – ściągnąć uwagę mediów. Trzeba sprzedać mediom obrazek. Stopniowo doszłyśmy do wniosku, że mediom najlepiej sprzedadzą się protesty topless. Długo i ostro kłóciłyśmy się i dyskutowałyśmy. Wiele aktywistek zrezygnowało.

Od protestu topless do sekstremizmu?

W pewnym momencie olśniło nas, że protestujemy przeciwko tradycyjnym, kobiecym problemom: aborcja, prostytucja… Tymczasem tak naprawdę trzeba uderzać wyżej, w polityków, którzy rządzą krajem i tworzą prawo. Byłyśmy młode, odważne, postanowiłyśmy, że będziemy walczyć, chciałyśmy, aby młode kobiety miały prawo istnieć i działać w polityce samodzielnie.

Po raz pierwszy na poważnie protestowaliśmy przeciwko wybraniu Władimira Janukowycza na prezydenta. Aresztowała nas policja, policjanci chcieli się dowiedzieć: kto nas nasłał? Tak naprawdę na Ukrainie było i jest bardzo niewiele organizacji, które działają samodzielnie. Zazwyczaj jest ktoś, kto za różne akcje protestu płaci. Policjanci nie mogli, nie chcieli uwierzyć, że robimy to, co robimy, bo naprawdę walczymy o demokrację, o prawa kobiet. Z aresztu do domów wracałyśmy przygnębione. A rano okazało się, że wszystkie międzynarodowe agencje informacyjne domagają się od nas wywiadu: dlaczego naszym zdaniem po dojściu na Ukrainie do władzy Janukowycza demokracja jest zagrożona.

Prezydent o was zapomniał?

Chyba nie (śmieje się). Protesty topless były szaleństwem, ale szaleństwem skutecznym. Wydaje mi się, że Janukowycz nam nie przebaczył, bo od tamtej chwili władze przystąpiły do systematycznej walki z nami. Zamiast odstraszyć, nas to zachęciło do dalszych akcji.

Ostra reakcja władz pokazała, że trafiłyśmy w czuły punkt, tam, gdzie władzę boli. Nieoczekiwanie okazało się, że protestujące nagie kobiety przed rządowymi gmachami przerażają wysokich rangą urzędników.

To śmieszne, ale poważni, szanowani mężczyźni stojący u władzy poczuli się znieważani i ośmieszani przez nas, przez słabe, bezbronne, półnagie kobiety. Z czasem stało się tak, że marsz czy wiec, który składał się głównie z mężczyzn, policja ignorowała. Ale gdy tylko próbowały protestować dziewczyny z FEMEN, policjanci ruszali do akcji. Stopniowo protesty FEMEN urosły do protestu wyzwolonych kobiet w walce o prawo do własnego ciała. Walczymy z religią, seksbiznesem i systemem totalitarnym.

Pierwszą dziewczyną, która musiała opuścić Ukrainę w obawie przed aresztowaniem, była Inna Szewczenko. W sierpniu 2012 r. w Kijowie Inna piłą mechaniczną ścięła przydrożny krzyż. Miał to być akt solidarności z aresztowanymi w Rosji aktywistkami Pussy Riot. Latem 2013 roku podczas przyjazdu prezydenta Putina doszło do napadów i pobić dziewczyn, mnie w ciągu jednego dnia dwukrotnie napadnięto i pobito. Mimo reakcji krajowych i międzynarodowych mediów, władze zrozumiały, że z aktywistkami można walczyć brutalnie i bezkarnie. Mówię tu nie tylko o aresztach, ale o pobiciach i terrorze.

Dałyście się zastraszyć?

Walczyłyśmy na nasz sposób – topless, do momentu, gdy do naszego biura podrzucono broń.

Broń?

Pod pretekstem, że w budynku jest alarm bombowy, ewakuowano… tylko nasze biuro. Następnie znaleziono u nas broń: granat, pistolet oraz portrety Putina i patriarchy Moskwy Cyryla. Rzekomo miałyśmy szykować na nich zamach podczas ich wizyty na Ukrainie. Byłyśmy przerażone. Na szczęście zwolniono nas z aresztu i natychmiast, dzięki pomocy ambasady francuskiej, wyjechałyśmy z kraju.

We Francji mamy centralne biuro (nasza organizacja jest oficjalnie zarejestrowana we Francji), z którego są sterowane oddziały naszego ruchu w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Europie. Dziewczyny czytają wykłady podczas konferencji, FEMEN staje się dojrzały.

Kiedy Pani wróciła na Ukrainę?

Po Majdanie i obaleniu Janukowycza. Czy żałuję? Nie, jest tu może niebezpiecznie, ale ciekawie. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy jutro, poza tym w Europie jest nudno.

Jest naprawdę niebezpiecznie?

Na Ukrainie działają zmilitaryzowane, uzbrojone bojówki, więc zbyt aktywnie do protestów dziewczyn nie zachęcamy. Wcześniej z gróźb zwariowanych narodowców, że nas rozstrzelają czy powieszą na latarniach, można się było śmiać, teraz, gdy mają broń, śmiesznie już nie jest.

Czy FEMEN nadal działa na Ukrainie?

Tak, ale na o wiele mniejszą skalę.

Nie wierzy Pani w pomoc zreformowanej przez nowe, demokratyczne władze policji?

Większość starych policjantów zwolniono, następnie za pomocą różnych szwindli przywrócono do służby. Mamy zmiany, a jednocześnie ich nie mamy. System pozostał zgniły.

Co się dzieje z FEMEN w Europie?

Jesteśmy, działamy, z organizacji stajemy się powoli kobiecym ruchem. Działa bardzo wiele aktywistek, o których nie wiemy, kobiety biorą naszą nazwę, nasz styl i ruszają do walki o swoje prawa. W Europie organizacją FEMEN kieruje Inna Szewczenko, działa sztywna organizacja, akcje są planowane.

Ilu ludzi liczy FEMEN?

Liczba ciągle się zmienia. Czasami jest nas wiele, czasami, gdy władze szczególnie ostro nas atakują, liczba spada. W Europie działa około 50 aktywistek FEMEN. Jesteśmy oddziałem sił specjalnych feminizmu, małym, złym i skutecznym, walczącym na terytorium wrogiego nam patriarchatu. Zwolenników mamy na pewno więcej. Pośrednio świadczy o tym liczba listów oraz darowizn, jakie do nas docierają.

Skąd pochodzą pieniądze na wyjazdy po świecie i Europie? Tylko z darowizn sympatyków i zwolenników?

Nie mamy ani samochodów, ani statków jak zieloni z Greenpeace. Czasami na organizację protestu wystarczy nawet dziesięć euro: na makijaż, kolorowy wianek i bilet komunikacji miejskiej. Biuro w Paryżu? Nasze biuro we Francji znajduje się w opuszczonym budynku, który same zajęłyśmy. Poważnym źródłem finansowania jest dobrze rozbudowany system anonimowych darowizn na rzecz ruchu. Mamy też sklep internetowy, gdzie można kupić rzeczy z symboliką FEMEN. Gdy naszą aktywistkę Aminę aresztowano w Tunezji, mogłyśmy za pomocą darowizn i sklepu internetowego dziennie gromadzić do 5 tys. euro. Kolejnym źródłem dochodu są honoraria z książek o nas. Z pierwszej otrzymaliśmy honorarium w wysokości 15 tys. euro, do tego dochodzą honoraria za filmy dokumentalne o nas.

I to wszystko?

Wiem, że o naszych finansach krąży mnóstwo plotek, np. że otrzymywałyśmy finansowanie z Watykanu za podjęcie walki z Cerkwią. Następnie miała nas finansowo wspierać Cerkiew, za ataki na Kościół katolicki. Są to oczywiście kłamstwa, zabawne, ale kłamstwa.

Miałyście jednak radę nadzorczą, która miała was finansowo wspierać (na początku działalności ruchu na Ukrainie za sponsorów FEMEN uważano amerykańskiego biznesmena Jeda Sundena, który był szefem holdingu medialnego KP na Ukrainie, niemieckiego multimilionera Helmuta Geiera oraz niemiecką przedsiębiorczynię Beatę Schober. Do darczyńców FEMEN zaliczano także kilku ukraińskich oligarchów – red.).

Tak, na samym początku. Pomogli nam, ale im bardziej radykalnie działaliśmy, tym bardziej oni chcieli odsunąć się w cień i zachować anonimowość.

Jesienią ubiegłego roku rosyjska telewizja LifeNews cytowała Pani rozmowę z inną działaczką FEMEN, w której z Pani strony padły propozycje zapłaty za uczestnictwo w akcjach protestu, uczestniczki miały otrzymywać tysiąc dolarów za udział.

Rozmawiałam z dziewczynami, aktywistkami FEMEN, poprzez Skype, rozmowa została przez moje eks-koleżanki nagrana i przekazano ją do redakcji kanału LifeNews. Następnie zmontowano w taki sposób, aby wyglądało, że proponuję pieniądze za organizację akcji, następnie dodano oczywiście odpowiednie komentarze.

Myślała Pani o tym, żeby startować w wyborach i zmieniać system od góry, a nie walczyć z nim od dołu?

Ideologia żadnej partii na Ukrainie mi nie odpowiada. Miałam kilka propozycji, ale nie chcę z nimi pracować. Być może w przyszłości spróbujemy założyć ukraińską partię kobiet.

Skoro rozmawiamy o polityce, nie sposób nie zauważyć, że obecnie w Europie do władzy dochodzą prawicowe partie, kierowane przez populistów.

Wielka szkoda, że ludzi tak łatwo omamić. Czasami wydaje mi się, że w tym, co dzieje się w Europie, maczał palce Putin. We Francji na przykład my jako FEMEN jesteśmy w ciągłym konflikcie z narodowcami pani Le Pen. Jeden ultranacjonalista wdarł się nawet do naszego biura w Paryżu i zranił nożem kilka osób. Na szczęście nikt nie zginął. Bardzo dobrze zdajemy sobie sprawę, kim są ci ludzie, do czego dążą i wiemy, że dobrych zmian po nich spodziewać się nie warto.

Ani islamiści, ani katolicy, ani prawosławni nie darzą FEMEN zbyt wielką miłością.

Wszystkie religie świata, mimo swoich pokojowych wypowiedzi, do feministycznych ruchów są nastawione negatywnie. Pragnienie kobiet zdobycia wolności i prawa do własnego ciała wkurza wierzących chrześcijan. Jeszcze bardziej wkurza to islamistów.

Wielu wśród naszych aktywistek we Francji kiedyś wyznawało islam. Podczas wystąpienia mojej koleżanki Inny Szewczenko na konferencji w Kopenhadze jakiś radykalny islamista ostrzelał okna sali konferencyjnej.

A jak Pani mama reaguje na działalność córki?

Pyta, po co mi to wszystko; chce, abym wyszła za mąż i zaczęła rodzić dzieci.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here